Blackstar HT-5

Blackstar HT-5

Pewnego pięknego dnia część pracowników odeszła z fabryki Marshalla i goniąc własne marzenia założyła nową manufakturę. Tak powstał Blackstar - młoda, brytyjska firma z masą nowych, ciekawych pomysłów zajmująca się produkcją wzmacniaczy i efektów gitarowych. Czy warto się pochylić nad ich produktami?

Wstęp

Wałkowany w recenzji wzmacniacz to jedna z mniejszych konstrukcji Brytyjczyków (choć nie najmniejsza), przeznaczona głównie do domu i studia. Jest to rozwinięcie idei efektów podłogowych firmy, również opartych o lampy elektronowe. Wzmacniacz produkowany jest w wersji head i combo. My tu mamy do czynienia z tą pierwszą opcją. Mimo tylko 5W mocy wyjściowej, jest nad wyraz głośny, posiada 2 kanały o wspólnej korekcji, pętlę efektów, footswitch, funkcję ISF (o której później) oraz wyjście z emulacją kolumny. Całkiem bogato, jak na takiego malucha.

Troszkę technicznego bełkotu? Proszę bardzo. Przedwzmacniacz tej 5W szczekaczki oparty został na popularnej lampie 12AX7, natomiast końcówka mocy napędzana jest dość nietypowo – podwójną triodą 12BH7. Zarówno wersja combo, jak i head (dedykowana kolumna) wyposażone są w 12-calowy, 8-ohmowy autorski głośnik Blackbird 50.

Wykonanie

Nie będę budował napięcia, niczym z filmu Hitchcocka – wzmacniacz wykonany jest prześlicznie. Ładny skaj, metalowe narożniki, przyjemna lamówka, błyszczący panel przedni. Na górze obudowy wita nas bardzo ładna i solidna skórzana rączka. Aż dziw bierze, że w relatywnie niskiej cenie i przy koreańskim wykonaniu mamy taki ładny i dopracowany efekt końcowy.

Na panelu przednim znajdziemy kilka gałeczek i przełączników. Kolejno, od lewej są to przełączniki POWER i STANDBY, co jest raczej standardem we wzmacniaczach lampowych. Następne w kolejności są dioda sygnalizująca pracę, nieduże logo producenta i tajemniczy przycisk skorelowany z wyjściem na dużego jacka. Wyjście to pozwala na emulację kolumny gitarowej. Przydatne więc może być do przesyłania sygnału wzmacniacza bezpośrednio do komputera, stołu mikserskiego albo do pogrywania na słuchawkach, z pominięciem kolumny. Przycisk obok służy do wybrania jednego z dwóch rodzajów symulowanej kolumny – z jednym, bądź czterema głośnikami 12’’. Następny w kolejce jest potencjometr odpowiadający za opatentowaną funkcję Infinite Shape Feature. Dzięki kręceniu można płynnie przenieść się brzmieniowo z klimatów typowo brytyjskich, aż na słoneczne wybrzeże Kaliforni. Jak to się sprawdza w praktyce przekonamy się później. Dalej mamy standardową korekcję wysokich, średnich i niskich tonów, głośność i gain kanału przesterowanego, przycisk zmiany kanału z diodką, głośność czystego kanału i wejście na gitarę. Gałki cieszą oko chromowanym wykończeniem, przełączniki są odpowiednio solidne, czcionki czytelne i estetyczne. Standard, ale bardzo solidny.

Blackstar HT-5

Tylny panel wita nas metalową kratką osłaniającą lampy i transformatory. Poniżej dużo tekstu o bezpieczeństwie, którego i tak nikt nie czyta. U dołu wita nas pętla efektów z wyborem poziomu wzmocnienia sygnału (+4dBV lub -10dbV), wejście na footswitch, kolumny głośnikowe (jedna lub dwie kolumny 8Ohm albo jedna 16-Ohmowa paczka). Do tego gniazdo zasilania. Pozachwycaliśmy się wykonaniem, sprawdźmy teraz jak wzmacniacz gra, bo w końcu nikt nie kupuje takiego sprzętu, żeby ładnie wyglądał w pokoju.

Brzmienie

Jak już wspomniałem we wstępie – to maleństwo jest naprawdę głośne, jak na swoje 5W. Głośność ustawiona na godzinę 9 (czyli ok. 3/10) może już spowodować w domowych warunkach ciekawość domowników, cóż tam się u nas wyprawia. Nie miałem okazji zagrać na nim próby, ani koncertu, ale pewien jestem, że jest w stanie dzielnie przebijać się przez perkusistę na sali. Wielki plus należy się inżynierom z Blackstara za to, że udało im się zachować świetne walory brzmieniowe nawet przy skręconym potencjometrze volume. Brawo panie i panowie!

Kanał czysty brzmi dobrze. Tak, to jest odpowiednie słowo. Nie porywa, nie powoduje drżenia rąk i nadmiernego pocenia, ale nie ma się też czego wstydzić. Przy mniejszych głośnościach jest - niespodzianka! – bardzo czysto, przejrzyście i czytelnie. Przy mocniejszym rozkręceniu wzmacniacz nasyca się, zaczyna wydobywać z siebie dodatkowe harmoniczne, aż w końcu brzmienie lekko się przełamuje i naturalnie „brudzi”. Czysta poezja, właściciele tranzystorów, czy cyfry mogą tylko pozazdrościć. Gałki wspólnej korekcji działają bardzo dobrze, reagują nawet na małe zmiany i mają odpowiedni zakres. Szkoda tylko, że nie zdecydowano się na oddzielną korekcję. W wersji z literką „R” na końcu pokuszono się o namiastkę niezależnej korekcji w postaci potencjometru „Tone” dla kanału czystego. Jednak z drugiej strony, w tym modelu możliwości kręcenia brzmienia na czystym są większe z racji trzech gałek. Wzmacniacz bardzo fajnie reaguje na artykulację i zmiany dynamiki grania. Brakuje tu jednak trochę przestrzeni i powietrza, mam wrażenie, jakby kanał czysty był „upakowany” brzmienowo w kartoniku po soku. Ale umówmy się – nikt nie kupuje Blackstara dla czystych kanałów. Do tego służą Peaveye Classic, albo Fendery Champion 600. Kropka.

A na przesteeerzeee… Jest lepiej. Zacznijmy od tego, że wzmacniacz ma duuuży zapas gainu. Lecz nie sztuką jest zalać wzmacniacz lampowy hektolitrem przesteru i cieszyć się, że zuo leje się z głośników. Prawdziwa sztuka i magia ma miejsce na tych niedużych przesterowaniach, gdzie oddzielić można wzmacniacze dobre od tych słabych. Ten z całą pewnością należy do tych pierwszych. Zaczynamy od lekkiego drive’u, tak na poziomie 1-2/10 gainu. Wzmacniacz startuje tutaj z poziomu przełamanego brzmienia na rozkręconym kanale czystym i szybko wznosi się na poziom z pogranicza AC/DC i blues rocka. Aż się chce grać! Riffy brzmią zadziornie i bardzo czytelnie, a solówki urzekają subtelnością i rasowością brzmienia. Idziemy dalej…

Brzmienie faktyczne

Zaczynamy kręcić tajemniczą gałką oznaczoną symbolem ISF. Jak wspomniałem, zmienia ona sposób korekcji pozostałych potencjometrów w taki sposób, że skrajne położenia pokrętła charakteryzują brzmienie amerykańskie i brytyjskie. I można między nimi płynnie przechodzić! Kręcimy gałą w lewo i mamy zwarte, bardziej agresywne brzmienie, z wyeksponowanym środkiem i górą, rodem z amerykańskiego thrashu. Odbijamy skrajnie w prawo i środek cofa się lekko, bas zostaje podbity, brzmienie nieco łagodnieje. W wielu artykułach spotkałem się już z tym wyrażeniem i nie sposób się z nim nie zgodzić, a jeszcze trudniej nie powielić w kolejnym tekście – brzmienie staję się jakby bardziej „drewniane” i matowe, jak na brytyjskiego Marshalla przystało. Zarówno dla jednej, jak i dla drugiej pozycji znaleźć można wiele zastosowań, bo obie brzmią naprawdę dobrze. A między nimi nieskończoność możliwości!

Na cięższych przestrach nasz Blackstar radzi sobie równie dobrze. Dzięki sporym możliwościom kreowania brzmienia możemy uzyskać naprawdę ciekawe i różnorodne efekty. Riffy brzmią tak jak powinny, dźwięk jest dynamiczny, czytelny, nie zamula i nie siarzy (oczywiście przy skrajnych ustawieniach korektora można i takie brzmienie uzyskać, jeśli ktoś lubi 😉 ). Partie solowe warczą jak należy na basowych strunach, na wiolinach tną powietrze jak żyletki. I podkreślę to jeszcze raz – wzmacniacz ma duuuży zapas gainu. W zasadzie miłośnicy ciężkiego rocka, czy umiarkowanie ekstremalnego metalu powinni być kontent już w okolicach połowy zakresu gainu (ok. 5-6/10). Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie aby gałę rozkręcić na maxa, ale pod koniec skali wzmacniacz gubi selektywność, brzmienie staje się trochę kluchowate i nieczytelne.

Podsumowanie

Czym więc jest tak naprawdę Blackstar HT5? Brytyjski projekt, koreańska produkcja, 5W mocy, 2 kanały i garść ciekawych i funkcjonalnych nowinek…

Bardzo przyzwoita jakość przesteru, duże możliwości kreowania brzmienia i świetne jak na lampę brzmienie przy domowych głośnościach. Wszystkie te cechy sprawiają, że jest to wręcz idealna propozycja dla wszystkich, którzy potrzebują małego, domowo – studyjnego wzmacniacza przeznaczonego głównie do rocka i metalu w rozsądnej cenie. Osoby grające lżejsze odmiany muzyki, takie jak blues, country, jazz, czy pop powinny jednak raczej rozejrzeć się za czymś innym. Głównie względu na przyzwoity jedynie clean i dość szybko wchodzący w cięższe klimaty przester.

Oczywiście wzmacniacz nie oferuje brzmienia rodem z hi-endowych wzmacniaczy 100W, ale przecież chyba nikt się tego nie spodziewał po tym małym brytyjsko – koreańskim diabełku, prawda? 😉 Mimo to, ogólne wrażenie, jakie sprawia jest naprawdę bardzo, bardzo dobre i moim skromnym zdaniem pod względem brzmienia bije większość tranzystorów na głowę. Czy warto? Jeśli weźmiemy pod uwagę cenę używanego egzemplarza, która jest porównywalna z droższymi tranzystorami, krzyczę głośno i wyraźnie – TAK!